niedziela, 31 sierpnia 2008

UE a szczyt

Kiedy turysta wyrusza na szlak ma obrany cel. A kiedy jest to turysta w górach to tym celem jest przeważnie jakiś szczyt. Kiedy zbiera się cała świta UE, szczytów wydaje się być kilka.
Niezorganizowana grupa "turystów" UE wyrusza na szczyt. Ta grupa to? Polska delegacja. Oto mili Państwo okazuje się, że konstytucja jest jedna ale interpretacji wiele ... I podobnie interpretowane są zwyczaje UE. Zbliża się szczyt UE, który ma na celu ustalenie jednego głosu Europy w stosunku do działań Federacji Rosyjskiej. Spotkanie ma się odbyć w gronie premierów poszczególnych Państw, chyba że konstytucja danego Państwa mówi inaczej wtedy jest to prezydent. Nasza konstytucja mówi jasno i klarownie, że przedstawicielem Polski powinien więc być nie kto inny jak premier. Tutaj wyjawiła się sprytna akcja kancelarii prezydenta, która to wie najlepiej. No ale już dobrze dogadali się premier z prezydentem jest zgoda niech będzie.
Jednak tło jakie się rozegrało i to jak wypadamy na tle międzynarodowym to też ważna kwestia.
Konstytucja mówi jasno i wyraźnie co należy do obowiązków prezydenta, a co premiera. Czy w takim razie każdy ma prawo do własnej interpretacji? Czy jeżeli tej interpretacji podejmuje się głowa państwa to znaczy, że wszystko ma być zgodne z tą właśnie wizją? Czyż to nie jest zatrważające?
Każdy wie co zrobił Lech Kaczyński w sprawie Gruzji, jednak jak widać to za mało (dla niego). Retoryka i kunszt dyplomacji jaki ma w ręku prezydent budzi jednak grozę. Co z tego dalej wyniknie? Jestem ciekaw.
Jutro jest szczyt. Będzie nas wielu (Polaków). Moc delegacji jednak chyba nie polega na liczebności a na jakości, a jak z tą będzie to się okaże.

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Dzień trzeci i czwarty


Kolejne dni były równie ciekawe. W trzeci wyruszyliśmy do oceanarium w Budapeszcie. Oceanarium to nazywa się Tropicarium. Jedno z największych w tej części Europy. Jest to miejsce naprawdę ciekawe i warte zobaczenia szczególnie dla dzieci. Wchodzi się do kilku oddzielonych pomieszczeń. W jednych znajdujemy gady i płazy oraz ptaki, które latają nad głowami w wolnej przestrzeni danego pomieszczenia co jest dla niektórych dyskomfortem ale jak dla mnie bardzo fajne :) Jednak najciekawszą częścią tego oceanarium (jak sama też nazwa wskazuje) są akwaria. Zbiór niesamowitych gatunków ryb i raf kolarowych. Od przeróżnie kolorowych rybek po olbrzymich rozmiarów rekiny. Te drugie znajdują się w największym akwarium, przez które się przechodzi gdyż jest zrobiony przeszklony tunel i nad głowami pływają rekiny i płaszczki oraz wiele innych gatunków dużych ryb, których ja sam nie znam. Jedno ze zdjęć, któe mi wyszło przez te akwaria i jest dosyć dobrej jakości można podziwiać wyżej :) Spędziliśmy tam dużo czasu, siedząc sobie na łąweczkach ułożonych niczym w kinie i oglądaliśmy to olbrzymie akwarium z innej strony a w tle towarzyszyła nam muzyka łagodna i pasująca do tego akwenu (niczym w filmach przyrodniczych). Warto naprawdę warto to zobaczyć.
Dzień czwarty natomiast był dniem poświęconym leniuchowaniu, czyli poszliśmy na cały dzień do kompleksu basenów, których na Węgrzech nie brakuje. Od przeróżnych basenów po takie z leczniczymi wodami i gąrocymi źródłami. A do tego jeszcze sałny były dostępne, nie mówiąc już o słońcu i upale jaki nam towarzyszył co pozytywnie wpłynęło na kolor naszej skóry :)

środa, 13 sierpnia 2008

Dzień drugi

Ranek przywitał nas jak się później okazało rutynowo słońcem. Po zapoznaniu się działalności biura współpracy międzynarodowej na uczelni w Piliscabie zjedliśmy sobie na miejscu obiad i wyruszyliśmy na podbój Budapesztu. Obiad był w stołówce akademickiej mieszczącej się na terenie kampusu, za niewielką cenę zjedliśmy bardzo dużo, dwa obiady pełne aż miło :)
Postanowiliśmy poruszać się pieszo nie korzystając z środków komunikacji miejskiej. Za cel obraliśmy sobie: zamek, kościół świętego Macieja, wzgórze Gellerta i cytadele, zabytkowy most oraz parlament. A ponieważ sprzyjała pogoda plan się udał :) Idąc bez mapy szliśmy uliczkami Budapesztu tymi zawiłymi i nie tak dostępnych łatwo dla turystów, którzy to łatwym sposobem chcą dotrzeć do celu. Tutaj widzimy zdjęcie jednej z ulic prowadzącej do góry, do naszego pierwszego celu czyli kościoła. Wspinaliśmy się wytrwale. Spotkaliśmy także bardzo osobliwy i ciekawy pomnik/żeźbę (II zdjęcie) chłopca lecącego w dół. Mansfeld Peter bo tak się nazywał ten bohater narodowy Węgier. Był on ofiarą systemu komunistycznego, już jako dziecko wziął udział w powstaniu węgierskim 1956 roku. Zbierał broń wraz ze swoim kolegą, roznosił ulotki, jednym słowem bardo aktywny działacz sprzeciwiający się tym złowrogim siłą. Pojmano go jeszcze jak nie osiągnął wieku pełnoletności dlatego czekano na wykonanie wyroku do czasu jego pełnoletności. W dniu jego urodzin został powieszony a z winy kata jego agonia trwała aż 13 minut. Zasłużył na miano bohatera narodowego i takim też jest. Kościół św. Macieja w środku był niesamowity. Wszystkie ściany były pokryte ozdobnymi malowidłami dającymi złudzenie tapety, do tego liczne sceny biblijne robiły wrażenie. Ołtarze były nie wielkiego rozmiaru w stostunku do wysokości kościoła jednak stwarzały pewien "klimat" sackrum. Na Zamku Królewskim mieliśmy sposobność oglądać ciekawy dziedziniec i rzeźby. Kiedy jestem w takich miejscach próbuję się przenieść w czasy kiedy po dworze jeździły karoce, służba biegała i pracowała pieczołowicie, damy dworu w sukniach z fasonem nadającym charakter epoce w jakiej czas się roczy. I pomyśleć, że teraz my idziemy w całkiem innych ubraniach z aparatem cyfrowym w ręce :) uśmiech czasu. Następny cel to wzgórze Gellerta, które swoją nazwę zawdzięcza biskupowi o takim własnie nazwisku. Ów biskup ochrzcił Madziarów z polecenia króla Węgier Stefana, po śmierci jednak króla został on schwytany przez pogan, zamknięty w drewnianej beczce, w której były wbite gwoździe do środka i zepchnięty z tego wzgórza. Na samym szczycie znajduje się także pomnik Wolności (III zdjęcie) oraz cytadela obronna, w której teraz znajdują się restauracje, muzeum a obok jedna z najsłynniejszych dyskotek w Budapeszcie. Ze szczytu wzgórza roztacza się przepiękna panorama na całe miasto zarówno na Buda i Peszt :) Po zejściu ze szczytu szliśmy wzdłóż Dunaju i zmierzaliśmy w stronę Parlamentu (IV zdjęcie). Ta budowla robi wrażenie i śmieje się, że można ją pomylić z zamkiem :) Mieliśmy przygodę ze zrobieniem zdjęć do legitymacji studenckiej, którą chcieli nam wyrobić na uczelni. Zdjęcia robiliśmy a automacie w metrze. Obsługiwany automat był w języku węgierskim, mieliśmy przy tym tyle zabawy, że w sumie wyszło nam za dużo zdjęć. Takie wspomnienia kolekcjonować warto. Po długim spacerze ulicami Budapesztu udaliśmy się do naszej bazy w Piliscabie. A tam wieczór węgierski gdzie zostaliśmy poczęstowani gulaszem gotowanym nad ogniskiem w kotle przez tamtejszych studentów no i obowiązkowo do tego było wino :) Kolejny dzień minął sen nas mile przyjął :)

wtorek, 12 sierpnia 2008

Krótka notka polityczna

Świeżo po wysłuchaniu przemowy prezydenta Lecha Kaczyńskiego na wiecu w Tibilsi (Gruzja) zastanawiam się co z tego wyniknie. Znany jest prezydent z dość mało dyplomatycznych zachowań szczególnie względem Rosji. Nie popieram działań Rosji oj nie i to kategorycznie się temu sprzeciwiam. Solidaryzować się także należy jednak chyba najważniejsze jest dbanie o bezpieczeństwo swojego kraju, a dziś ono zostało szarpnięte, sposobów solidarności jest wiele. dlaczego zostało przyjęty sposób tak mocny? Rosja tylko czeka na pretekst by później wszystko sobie o brać w sobie tylko wygodne słowa (tak jak z Gruzją) by mieć pretekst, własne wytłumaczenie. Oby nie poszło za ostro po dzisiejszym wystąpieniu prezydenta (słowa czasem warto warzyć szczególnie w dyplomacji).

Dzień pierwszy

Dworzec w Budapeszcie okazał się ciekawy. Perony są ułożone niby piramida. Najdalej w głąb dworca który przykrywał wielki dach i bardzo wysoko umieszczony znajdowały się 4 tory równo umieszczone, kolejne schodziły niczym schody i wychodziły już za dach dworca. Weszliśmy w drzwi prowadzące do środka budynku tegoż dworca. A tam szok. Odnowiony piękny dworzec, ściany ozdobione ciekawymi malowidłami, czysto wokoło podłoga z ładnego kamienia (może to był marmur nie znam się). Pierwsze skojarzenie: no trochę inaczej niż u nas ... Informacja turystyczna była bardzo miła i fachowa więc przyszłych turystów uspokajam :)
Wychodząc już z dworca przywitało nas słońce obficie i rumor koparek. Przed samym dworcem trwają remonty. Oddzielony duł na środku drogi został reklamami. Ruszyliśmy w drogę, którą nam wskazała Pani w informacji. Cel: most "Margit hid", a raczej stacja pociągu, który miał nas dowieść do Piliscaby - miejscowości oddalonej o 45 minut jazdy tymże pociągiem. Dotarliśmy bez żadnych problemów, pierwsze tramwajem (nowoczesny z klimatyzacją i bardzo elegancki) a następnie ów pociąg (który równie jak tramwaj był nowoczesny, miał klimatyzację i bardzo ładne WC :) )
W Piliscabie wysiedliśmy przed samym kampusem tamtejszego uniwersytetu do którego jechaliśmy a mianowicie "Pázmány Péter Katolikus Egyetem". Niesamowite budynki jakie tam były zrobiły na nas wrażenie. Zobaczcie sami. Obok znajduje się budynek główny. Całość jest zaprojektowana tak aby wszystko wydawało się krzywe i pod kątem. Dwie kopuły zapadające się do środka jak i samo wejście główne. Tamtejsi studenci nazywają ten kampus Disneylandem i się szeroko uśmiechają. Mieliśmy okazję poznać tych studentów jak i pracowników dzięki wieczorom zapoznawczym :) Kampus tamtejszej uczelni był naszą bazą wypadową. Kolejne zdjęcie prezentuje główny plac uniwersytecki dzielący dwa budynki a na środku stoi pomnik Pázmány Péter, którego imię ma ta uczelnia. Atmosfera zarówno na samych Węgrzech jak i w kampusie była bardzo miła. Ludzie byli dla nas życzliwi i pomocni. Następnego dnia uczynili nas swoimi studentami wyrabiając nam legitymacje studenckie troszcząc się o to byśmy mieli tańsze bilety komunikacyjne. Taka propozycja zaskoczyła nas mile. Dostaliśmy pokój, który był dla nas przygotowany (wiedzieli o naszym przyjeździe). Kiedy dostaliśmy klucze i go obejrzyliśmy nie obeszło się bez naszego zaskoczenia, pokój był rewelacyjny, z łazienką i osobnym biurem. Zapewnili, że to najlepszy pokój jaki mają. Gościnność jednak jest słynna nie tylko pośród nas Polaków ale także i u Węgrów. Był to dzień przyjazdu tak więc spędziliśmy go na miejscu nie wyruszając już do Budapesztu, zwiedziliśmy to małe miasteczko oraz byliśmy na miłym wieczorze zapoznawczym, na którym powiedzenie: "Polak Węgier dwa bratanki ..." sprawdziło się w stu procentach. Po całym dniu wrażeń, zmęczeni udaliśmy się na spoczynek. Piękny to był początek wakacji :)

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Podróż

Dzień wyjazdu nie pozostawił nas bez przygód. O godzinie 16:05 wyruszyliśmy z Brzozowa by móc w Krakowie wsiąść do pociągu (nie byle jakiego) rozpoczynającego swoją jazdę do Budapesztu o godzinie 22:45. Kraków przywitał nas tuż po 20 z orszakiem oczekującym w postaci kolejki do kasy biletowej. Oj nie mały był to orszak a do tego bardzo urozmaicony gdyż międzynarodowy. Przez pierwsze 20 minut staliśmy w miejscu i to na samym końcu a za naszymi plecami co jakiś czas przechodzili swobodnie ludzie spoglądając na stojących w tej pokaźnej kolejce. Przystanął za nami starszy Pan i nie mogąc zrozumieć dlaczego u nas w Polsce zawsze muszą być kolejki wspomniał o Niemczech i Austrii gdzie on nigdy na kolejkę się nie natkną ani na dworcach ani w bankach a u nas ... jak jest każdy wie. No i tak po nie całej godzinie kupiliśmy bilety. Wystarczyło jeszcze nam czasu by przejść spacerowym tempem do rynku krakowskiego i z powrotem.
Na peronie zgodnie z informacją umieszczoną na tablicy stał pociąg jadący do Budapesztu. Łapiąc pierwszą osobę wyglądającą na konduktora zapytaliśmy, który wagon jedzie do stolicy Węgier. Informacja szybka i jasna: - Trzy ostatnie wagony. Zadowoleni, że tak łatwo poszło udaliśmy się do owych wagonów. Przy ostatnim stał jeszcze jeden Pan, który był konduktorem z Bukaresztu. Zapytaliśmy go o to samo aby mieć pewność a on zapewnił nas: - Yes yes this train go Budapest. Więc wsiedliśmy śmiało ale z lekkim zawieszeniem gdyż ludzie w wagonie jak i sam środek transportu pozostawiał wiele do życzenia. Należał do kolei rumuńskiej. Usiedliśmy w przedziale i kropka. Założenie pierwsze to takie, że ja oka na pewno nie zmróżę w podróży. Jednak jakieś przeczucie kazało mi pójść się upewnić co do słuszności celu wagonów w jakich jesteśmy. Poszedłem na sam początek pociągu gdzie znalazłem konduktorów z naszego PKP i zapytałem, który wagon jedzie do Budapesztu. PIerwszy konduktor popatrzył na mnie dziwnie i powiedział: - Ale ten pociąg nie jedzie do Budapesztu. Zaraz sprawdzę. Udaliśmy się do przedziału konduktorskiego gdzie wyciągając księge rozkładu jazdy pociągów szukał i szukał odpowiedzi na moje pytanie. Podszedł drugi konduktor, który zarazem był kierownikiem pociągu i zapewnił mnie, że właśnie ten wagon na pewno będzie w Budapeszcie. Z radością ruszyłem po moją lubą i przenieśliśmy się z końca na sam początek. Jesteśmy u siebie bo w wagonie należącym do PKP. Spaliśmy nawet w drodze. A nad ranem gdy poszliśmy za potrzebą zobaczyliśmy coś ciekawego. Za drzwiami naszego wagonu były całkiem inne wagony niż te kiedy wsiadaliśmy w Krakowie. A w samym Budapeszcie zobaczyliśmy, że ze startujących w Krakowie wagonów tylko w tym, w którym byliśmy dotarł właśnie tu. Odetchnęliśmy z ulgą bo kto wie pewno teraz bylibyśmy w Bukareszcie. - Yes yes this train go Budapest. Yea jasne. Przygoda jednak ma swój wyszukany smak :) Tak to zaczęła się nasza wyprawa na Węgry.

niedziela, 3 sierpnia 2008

Reklama

Otóż mili Państwo, szanowne Panie drodzy Panowie, wszem i wobec Wam ogłaszam, że na kilka dni z stąd znikam po to tylko by przywieźć niesamowite reportaże i fotografie. Seria zostanie napisana kiedy tylko wrócę tak więc po 10.08.2008. Tematyką będą Węgry (gdyż tam się udaję) a szczególnie Budapeszt. Ponadto sama podróż mam nadzieję nie oszczędzi mi przygód, które będę mógł tutaj zamieścić.
Tak więc proszę o cierpliwość i o odwiedzenie mojego bloga tuż po 10 sierpnia bieżącego roku.

A tymczasem słonecznego wypoczynku wszystkim :)

sobota, 2 sierpnia 2008

Czas...

Na środku szczerego pola stoi ten krzyż. Jest to krzyż nagrobkowy. Grób z roku 1945, tak mówi tabliczka na nagrobku. Nie ma dnia konkretnego tylko rok. Jest jeszcze tylko wiek zmarłego czyli 85 lat oraz imię Andrzej i nazwisko S. (tego nie będę ujawniał). Cały grób jest obrośnięty trawami i różnego rodzaju polnymi roślinnościami. Krzyż, grób, pole ...
Przystanąłem tam i rozważałem sobie dlaczego właśnie tutaj ten grób jest. Kilka historii mi się cisnęło w głowie. Pierwsza to ta, że może właściciel pola był tak związany z ziemią, że zapragnął tutaj spocząć. Kolejna to ta, że popełnił samobójstwo i miejscowy ksiądz nie pozwolił pochować go na cmentarzu lub sami miejscowi się nie zgodzili. Inna, że to ro 45 więc może wojna dosięgnęła tego człowieka bo nie wiadomo który to był miesiąc możliwe, że przed majem. Takie miejsca dają do myślenia, i wymuszają w nas zadumę nad tym co się stało wtedy kiedy ten człowiek zmarł. Historia jest ciekawą dziedziną, która nikogo nie zostawia sierotą. Każdy z nas ma historię, sam ją tworzy i jest jej żywą księgą (najczęściej własnej). Co się wydarzyło któregoś z miesięcy roku 1945 w życiu ś.p. Andrzeja S.? Nie wiem, jednak niech spoczywa w spokoju i radości wiecznej.

A ile grobów nie ma żadnych nagrobków? Ile nie odkrytych? ....

piątek, 1 sierpnia 2008

17:00 godzina W

Powstańcie Powstańcy! Duch wasz niech otoczy troską kraj nasz cały.

Składam hołd tym którzy walczyli w Powstaniu Warszawskim. Tym co polegli i co przeżyli i są żywą księgą pamięci o nich i o tamtym czasie.